Są książki, które można czytać całe życie, i za każdym razem mieć wrażenie, że czyta się je po raz pierwszy. Które dojrzewają razem z nami. Którym każda kolejna lektura dodaje nowych znaczeń. Wiecie, o co mi chodzi? Część z Was na pewno tak, bo też macie takie książki. U mnie to bezdyskusyjnie Kamienie na szaniec Aleksandra Kamińskiego.
O czym jest ta lektura? Chyba wie każdy, kto chodził do szkoły, nawet nie czytając samej książki (optymistycznie chciałabym założyć, że czytali wszyscy, ale doświadczenie pracy w szkole każe mi nie mieć złudzeń). Więc jeżeli nie wiesz, kim są Rudy, Alek i Zośka, jeżeli nie słyszałeś o akcji pod Arsenałem - shame on you!
Kamienie na szaniec przeczytałam pierwszy raz mając 9-10 lat i kompletnie jakoś nie docierało wtedy do mnie, że to nasza historia, że to działo się naprawdę, że Ci chłopcy rzeczywiście żyli i ginęli - i to przecież nie tak dawno temu. To był czas, kiedy uwielbiałam Alka za jego szaloną brawurę i wariackie pomysły. Był dla mnie superbohaterem, ale w takim filmowo - sensacyjnym znaczeniu. W podstawówce czytałam w kółko trzy książki - właśnie Kamienie na szaniec, potem Dywizjon 303 i na koniec trochę od czapy w tym zestawie - Winnetou. I nie rozróżniałam ich na powieści historyczne i fikcję, to były trzy fantastyczne pozycje pobudzające moją wyobraźnię, kształtujące mój obraz honorowego i nieustraszonego bohatera. Wiele w moich sympatiach literackich się od tego czasu pozmieniało, ale posadzone wtedy ziarno kiełkowało cały czas, żeby dzisiaj ciągle kwitnąć i owocować, bo wciąż szukam w postaciach literackich tamtych cech, a kiedy je znajduję, jestem zachwycona tak, jakbym poznała nowego, fascynującego człowieka.
Gimnazjum - Dywizjon 303 jakoś przestał rozpalać moją wyobraźnię, ale uświadomiłam sobie, że Kamienie na szaniec to czysta historia, spisana na gorąco, bo jeszcze w czasie wojny, przez człowieka ściśle związanego ze środowiskiem harcerskim, z którego wywodzili się główni bohaterowie. Matko, to mi prawie rozwaliło głowę! Rzuciłam się na lekturę jak wygłodniały wilk, żeby spojrzeć na to wszystko z tej nowo nabytej perspektywy. To było coś naprawdę wielkiego, Alek już nie był jak Winnetou,był lepszy, bo prawdziwy, z krwi i kości. Czytałam, czytałam, czytałam i zadawałam sobie pytanie, czy gdyby trzeba było, potrafiłabym być taka jak oni. I - oczywiście - z młodzieńczą butą i naiwnością, odpowiadałam sobie stanowczo: oczywiście, że tak! Dajcie mi tu wojnę teraz, zaraz, to wszystkim udowodnię! Takim byłam twardym zawodnikiem. Dzisiaj patrzę na siebie z tamtego okresu z pobłażliwym uśmiechem, ale też z odrobiną tęsknoty za takim zero-jedynkowym myśleniem, kiedy wszystko było proste i wymagające konkretnych odpowiedzi. O słodka naiwności!
W liceum miałam już konkretnie ukształtowane zainteresowania - i jednym z nich była historia Polski z okresu II Wojny Światowej i lat powojennych. Bardziej niż spontaniczne, bohaterskie akcje Alka zaczęły do mnie przemawiać spokój i ogromna wrażliwość Zośki. To był czas rozwoju i formowania się mojego patriotyzmu, czas, w którym odkryłam fascynujące historie Żołnierzy Wyklętych, zanim jeszcze stali się "modni". Na pewno ogromny wpływ miał na to fakt, że Kamienie na szaniec towarzyszyły mi już prawie bezustannie o d 10 lat. Kolejne wielkie odkrycie - uświadomiłam sobie, że bohaterów książki poznajemy w momencie, kiedy zdają matury i snują plany na przyszłość, czyli byli w tym samym momencie życia, w którym ja wtedy. I tak samo ja mnie na pewno nie przyszłoby do głowy, że za chwilę ich życie zmieni się o 180 stopni, a już na pewno nie myśleli o tym, że staną się bohaterami dla kolejnych pokoleń Polaków. Wtedy też zadawałam sobie pytanie - czy potrafiłabym być taka jak oni? Czy umiałabym położyć na szali własne życie? I nadal uważałam, że tak, chociaż nie było to już tak naiwne i butne przekonanie jak jeszcze 3 lata wcześniej.
Studia. Byłam w tym wieku, w jakim przyszło oddać życie tym trzem młodym, odważnym mężczyznom. Robiłam to, co oni powinni robić i robiliby, gdyby nie wojna - większość czasu spędzałam na uniwersytecie, byłam szczęśliwa studiując. Co osiągnęliby Rudy, Alek i Zośka? Jakich odkryć by dokonali, jakie osiągnięcia stałyby się ich udziałem? Wszyscy trzej byli niezwykle pracowici, ambitni i piekielnie zdolni, więc ich nazwiska powinny zapisać się wielkimi literami na kartach polskiej nauki, nie zaś w tak dramatyczny sposób, jak miało to miejsce w roku 1943. Czytając po raz nie wiadomo już który książkę Aleksandra Kamińskiego - pierwszy raz płakałam nad jej bohaterami. Ze wzruszenia, bo byli tak wspaniali i odważni; ze złości, że tak bestialsko potraktowano Rudego; z żalu z tym niesamowicie żywiołowym chłopakiem, jakim był Alek, który umierał pogodny i szczęśliwy; ze smutku nad żałobą Zośki i chyba trochę z ulgi, że dołączył do Rudego, że nie musiał całe życie tęsknić za przyjacielem (wiem, że to dziwnie brzmi, ale tak było). I po raz pierwszy uświadomiłam sobie, jakiego heroizmu wymagały ich działania. Jak wiele mieli do stracenia, jak martwili się o nich najbliżsi, jak oni sami o tych najbliższych też musieli się bać, boi mieli przecież świadomość, że jeżeli zostaną złapani, to narażą wiele osób. Wciąż chciałam wierzyć, że mogłabym być taka jak oni, gdyby było trzeba, ale zdawałam już też sobie sprawę, że za tymi chęciami niekoniecznie poszłyby czyny. Bo nigdy nie wiemy, jak zachowamy się w danej sytuacji, dopóki się w niej nie znajdziemy. Ta świadomość budziła we mnie jeszcze większy podziw dla wszystkich członków Szarych Szeregów i Polski Podziemnej.

Dzisiaj mam 32 lata i jestem matką. I znowu patrzę na Kamienie na szaniec inaczej. Mój Mąż kupił parę lat temu wydanie z Naszej Księgarni, ze zdjęciami głównych bohaterów na różnych etapach ich życia. Na mnie największe wrażenie zrobiło zdjęcie Rudego i jego Mamy, Zdzisławy Bytnarowej. Rudy jest tu w takim wieku, w jakim teraz jest mój syn. Nawet mamy podobne - też opiera swoją główkę o moje czoło i razem patrzymy w obiektyw, Marcel ma nawet taki sam poważny wyraz twarzy. Nie wiem, w jakich czasach będzie żył mój syn, tak jak nie wiedziała tego Mama Rudego. Nie wiedziała, że jej dziecko zostanie zakatowane przez gestapowców, że mimo odbicia go przez przyjaciół nie będzie już dla niego szans. Nie wiedziała, że będzie go oglądać pobitego, zmasakrowanego, niepodobnego do siebie. Nie wiedziała, że przyjdzie jej przeżyć to, co dla matki jest najgorsze na świecie - śmierć swojego dziecka. I dobrze, że nie wiedziała. Bo mogła go tulić i kochać go miłością jasną i radosną. Ale ja patrząc na ich zdjęcie wiem o tym wszystkim, co spotka tę dwójkę, i ta wiedza łamie mi serce. Zdzisława Bytnarowa zmarła w 1994 roku, 51 lat po swoim synu. Wierzę, że dzisiaj znowu są razem, tak blisko jak na tej starej fotografii. I że są szczęśliwi.
Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku! Nie znam Cię. Nie wiem, ile masz lat i czym się interesujesz. Ale na pewno znasz, chociażby tylko ze słyszenia, tak ważne dla Polski nazwiska jak Józef Piłsudski, Wojciech Korfanty, Ignacy Jan Paderewski. Powiem Ci coś - powinieneś znać jeszcze trzy, równie ważne i wielkie: Jan Bytnar, Aleksy Dawidowski, Tadeusz Zawadzki. Pamiętaj o nich.
Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku! Nie znam Cię. Nie wiem, ile masz lat i czym się interesujesz. Ale na pewno znasz, chociażby tylko ze słyszenia, tak ważne dla Polski nazwiska jak Józef Piłsudski, Wojciech Korfanty, Ignacy Jan Paderewski. Powiem Ci coś - powinieneś znać jeszcze trzy, równie ważne i wielkie: Jan Bytnar, Aleksy Dawidowski, Tadeusz Zawadzki. Pamiętaj o nich.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz